Dobrodziejka - Sabina Waszut
Od pewnego czasu obserwujemy narastającą modę na true crime, czyli opowieści o zbrodniach opartych na faktach. Trend ten przenika już nie tylko literaturę, lecz także kino czy seriale. Gatunek ten nie jest jednak wynalazkiem naszych czasów – szczegółowe analizowanie czynów zabronionych ma długą tradycję. Już w XVI wieku tworzono jarmarczne ballady, które opisywały makabryczne zdarzenia ku przestrodze i dla rozrywki tłumów. Trudno w pełni zrozumieć, skąd bierze się w nas potrzeba karmienia się cudzym nieszczęściem i traktowania ludzkich dramatów jako sposobu na zabicie czasu. Tego typu wiwisekcja zyskuje uzasadnienie dopiero wtedy, gdy praca autora ma charakter naukowy i służy studentom prawa czy kryminalistyki do zgłębiania tajników medycyny sądowej. Granica między dydaktyką a żerowaniem na tragedii realnie istniejących osób okazuje się bowiem niezwykle cienka.
Należy pamiętać, że true crime to gałęź reportażu, co daje odbiorcy prawo do wymagania od twórcy szczególnych standardów etycznych. Osoba podejmująca taki temat musi na pierwszym miejscu stawiać los ludzi bezpośrednio dotkniętych tragedią, na których po publikacji może spaść lawina hejtu. Nikt nie żyje w próżni – nawet największy zbrodniarz ma rodzinę, która zachowuje prawo do spokoju. W tym kontekście etyka zawodowa staje się kluczowa i to ona – obok tak oczywistych kryteriów jak jakość literacka, rzetelność dokumentacji czy poprawność interpretacji źródeł – powinna podlegać ocenie w pierwszej kolejności.
Dotychczas w moim czytelniczym dorobku znalazła się zaledwie jedna książka z tego nurtu, którą mogłam z czystym sumieniem polecić innym. Nic więc dziwnego, że gdy usłyszałam o nowym projekcie Sabiny Waszut, byłam niezwykle ciekawa, jak autorka poradzi sobie z tym wyzwaniem. Serię „Mroczne tajemnice dawnego Śląska” otwiera powieść Dobrodziejka. Lekturę rozpoczęłam nietypowo – od posłowia, w którym pisarka deklaruje, że nie zamierza poprzestać na rekonstrukcji samej zbrodni i śledztwa, lecz pragnie przede wszystkim „pokazać realia życia w międzywojennych Katowicach i na Śląsku”. Tym wyznaniem Waszut zapunktowała u mnie już na wstępie. Cenię opowieści, które dbają o stosowną oprawę historyczną, zwłaszcza gdy dotyczą przeszłości. Co istotne – jak sugeruje podtytuł cyklu – autorka przenosi nas w realia dwudziestolecia międzywojennego, dzięki czemu ryzyko wyrządzenia bezpośredniej krzywdy osobom powiązanym z tą autentyczną historią właściwie nie istnieje. Znam większość książek Sabiny Waszut, więc taka decyzja głęboko mnie nie zaskoczyła. Takt, życzliwość wobec drugiego człowieka i ogromna wrażliwość to cechy konstytuujące tę pisarkę. True crime w jej wydaniu musiał powstać bez uszczerbku dla kogokolwiek. Ponieważ taka postawa rezonuje z moim osobistym postrzeganiem literatury non-fiction, ze spokojem mogłam oddać się lekturze.
Akcja została osadzona na Górnym Śląsku, koncentrując się wokół Katowic i ich najbliższych okolic. Sabina Waszut po mistrzowsku odtworzyła klimat tamtych lat, czyniąc z miasta równoprawnego bohatera opowieści. Jako Ślązaczka czuję ogromną satysfakcję z faktu, jak celnie autorka uchwyciła specyfikę naszych stron. Dokładnie tak wyobrażam sobie Śląsk sprzed stulecia. Na osobną pochwałę zasługuje decyzja o wprowadzeniu śląskich dialogów. To odważny krok, obarczony ryzykiem odrzucenia książki przez czytelników, którzy nie lubią przerywać lektury, by zaglądać do zamieszczonego na końcu słowniczka. W moim odczuciu ten zabieg nie tylko nadaje historii autentyzm, ale staje się też solidnym fundamentem pod wysoką ocenę całości.
Dobrodziejka unika epatowania krwią, skupiając się w zamian na emocjach i wiernym portrecie ówczesnego społeczeństwa. Skrajne ubóstwo, bezrobocie i codzienne trwanie oparte na ciężkiej pracy mężczyzn zatrudnionych w kopalniach i hutach to rzeczywistość większości bohaterek. Waszut portretuje również elity funkcjonujące na przeciwległym biegunie, choć i one nie są wolne od własnych dramatów. Gdybym miała scharakteryzować tę książkę jednym zdaniem, uznałabym ją za opowieść o kobietach – dopiero w drugiej kolejności uruchomiłyby się inne gatunkowe skojarzenia. Osią fabuły pozostaje sprawa porwania niemowlęcia, wokół której zawiązuje się relacja podkomisarza Teodora Urbanka i policjanta Franciszka Bujoka. W dochodzenie zostaje uwikłana także Stefania Zyzikówna. Początkowo pojawia się jako świadek, lecz jej rola rośnie z każdym rozdziałem, co pozwala przypuszczać, że stanie się kluczową postacią całej serii. Ta młoda dziewczyna skrywa wiele tajemnic, a jej losy doskonale obrazują trudy życia w Katowicach lat trzydziestych ubiegłego stulecia. Choć w literaturze niezwykle trudno o stworzenie oryginalnego duetu śledczych, Sabinie Waszut udała się rzecz wyjątkowa: wyposażyła swoich bohaterów w rys autentyczności, który budzi sympatię odbiorcy. Detal w postaci gołębiarskiej pasji jednego z nich – dla Ślązaków z tamtego okresu tak naturalnej jak oddychanie – wypada znakomicie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek zechcę wrócić do tego gatunku, ale po kolejną część „Mrocznych tajemnic dawnego Śląska” sięgnę z prawdziwą przyjemnością. W posłowiu Waszut wyraża obawę, czy czytelnicy wybaczą jej tę gatunkową metamorfozę.
W mojej ocenie ta próba wypada w pełni pomyślnie i nie budzi żadnych zastrzeżeń moralnych. Choć najbardziej cenię autorkę za niezwykle poetycką powieść Dobra-noc i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś napisze coś podobnego, Dobrodziejka pozostaje satysfakcjonującą lekturą, którą z czystym sumieniem mogę polecić na długie, jesienne wieczory.

Komentarze
Prześlij komentarz