Coraz mniej światła - Nino Haratischwili
Człowiek uczy się, jak stać się sobie kimś obcym, i to jest najlepsza droga, żeby tu przetrwać. W naszym mieście miłość trwa krótko i rozpływa się jak poranna mgła wraz ze wschodem słońca. W naszym mieście dziewczyny są koloru pudrowego różu, są zwiewne i delikatne jak piórka, istnieją po to, by podbudowywać honor swoich mężczyzn i piec im ciepły chleb, istnieją po to, by stawać się czyimś wyobrażeniem. W naszym mieście dziewczęta są jak złote rybki, a zadaniem chłopców jest budować akwaria dla swoich rybek. W naszym mieście dziewczęta są jak bezskrzydłe anioły na cienkich nitkach, pociągają za nie matki, ciotki i babki, którym kiedyś też nie pozwolono odlecieć.
Nie znam Nino Haratischwili osobiście, chociaż jest mi bliska jak siostra. To bardzo dziwne uczucie i zdarza się tylko w stosunku do nielicznych twórczyń. Za każdym razem, kiedy kończę Jej powieść, mam ogromne poczucie straty. Niby wiem, że jeszcze wróci, że nie powiedziała ostatniego słowa, ale pierwsze ślady pustki i tak odczuwam zbliżając się do finałowego rozdziału. To niezwykle intymna wieź z kimś, kto zamieszkuje drugą stronę lustra i jak mało kto potrafi zjednoczyć się ze mną w emocjach i odczuwaniu rzeczywistości.
Nino Haratischwili cechuje unikatowa umiejętność budowania relacji z czytelnikiem. Jej proza jest monumentalna, rozłożysta i solidna jak drzewo, które wiele już widziało i z pewnością przetrwa nas wszystkich. Nie wierzę, że te opowieści zostaną zapomniane. Nie wiem jedynie, czy ktokolwiek spoza bloku państw wschodnich będzie w stanie zrozumieć ich wieloetapowy sens, współdzielić coś, co wydaje się zbyt abstrakcyjne w swym okrucieństwie, by mogło się naprawdę wydarzyć. Te książki kładą się cieniem na nasze własne wspomnienia, co z pewnością wynika z wielu zbliżonych/łączących nas doświadczeń.
Nino Haratischwili w „Coraz mniej światła” jest jak bożek o czterech twarzach, ponieważ równocześnie potrafi ogarnąć spojrzeniem przeciwległe kierunki, przekuwając energię wschodu wyniesioną z dzieciństwa na tu i teraz, czyli to, co nastąpiło w dorosłości i stanowi świadomy wybór bohaterek. Za pomocą fabuły lokuje na osi czasoprzestrzeni punkty ważne dla niej samej, rodziny, przyjaciół i całego narodu. Uświadamia, jak bardzo niesprawiedliwe jest to, że nasze możliwości determinuje miejsce urodzenia, płeć i czas, który nań przypada. Gruzja lat dziewięćdziesiątych nie była wymarzonym miejscem do rozwoju osobistego, nawiązywania przyjaźni, czy tworzenia relacji romantycznych. Odbierała siły, pozbawiała złudzeń i niewinności. Była pustynią, na której mimo wszystko od czasu do czasu kwitły najpiękniejsze kwiaty. Losy czterech kobiet, skrajnie różnych charakterologicznie, ale połączonych językiem miejsca, w którym wzrosły uczy, że nie jesteśmy w stanie zapomnieć razów odebranych na wczesnym etapie życia. Odniesione rany ulegają co prawda zabliźnieniu, ale palące ślady zostają z nami na zawsze i stanowią żywą mapę pamięci. To właśnie ona jest naszym najlepszym sprzymierzeńcem i to dzięki z niej posiadamy tożsamość i indywidualność. Powieść „Coraz mniej światła” przypomina jednak, że pamięć może być równocześnie największym wrogiem, uniemożliwiającym wykonanie kolejnego kroku, albo nawet końcem wszystkiego. Relacje oparte na wspólnych traumach nie są zdrowe i nie sposób zbudować na nich przyszłości. Sam tytuł sugeruje, jak zawiłe i wielopoziomowe problemy podejmuje ta książka. Polifoniczne spojrzenie na każde opisane wydarzenie wymaga skupienia, uwagi i empatii. Nie jest to historia dla każdego.
Nino Haratischwili jest moją ulubioną obcojęzyczną pisarką. Cenię tematykę, którą porusza oraz fakt, że nigdy nie wybiera drogi na skróty. Stawia niewygodne pytania, wytrąca z poczucia komfortu. Czytając jej prozę odnoszę wrażenie, że te prace są formą terapii, walką z własnym niezrozumieniem i bólem. Konstruując zdania wielokrotnie złożone, stara się otoczyć czytelnika niewidocznym kokonem współodczuwania. Dzięki takim autorom, jak Haratischwili przeżywam emocje w sposób niekłamany i głęboki. Przekład „Coraz mniej światła” często zawodzi, co nie zmienia faktu, że dla mnie jest to jedna z najważniejszych książek 2022.
Nie znam Nino Haratischwili osobiście, chociaż jest mi bliska jak siostra. To bardzo dziwne uczucie i zdarza się tylko w stosunku do nielicznych twórczyń. Za każdym razem, kiedy kończę Jej powieść, mam ogromne poczucie straty. Niby wiem, że jeszcze wróci, że nie powiedziała ostatniego słowa, ale pierwsze ślady pustki i tak odczuwam zbliżając się do finałowego rozdziału. To niezwykle intymna wieź z kimś, kto zamieszkuje drugą stronę lustra i jak mało kto potrafi zjednoczyć się ze mną w emocjach i odczuwaniu rzeczywistości.
Nino Haratischwili cechuje unikatowa umiejętność budowania relacji z czytelnikiem. Jej proza jest monumentalna, rozłożysta i solidna jak drzewo, które wiele już widziało i z pewnością przetrwa nas wszystkich. Nie wierzę, że te opowieści zostaną zapomniane. Nie wiem jedynie, czy ktokolwiek spoza bloku państw wschodnich będzie w stanie zrozumieć ich wieloetapowy sens, współdzielić coś, co wydaje się zbyt abstrakcyjne w swym okrucieństwie, by mogło się naprawdę wydarzyć. Te książki kładą się cieniem na nasze własne wspomnienia, co z pewnością wynika z wielu zbliżonych/łączących nas doświadczeń.
Nino Haratischwili w „Coraz mniej światła” jest jak bożek o czterech twarzach, ponieważ równocześnie potrafi ogarnąć spojrzeniem przeciwległe kierunki, przekuwając energię wschodu wyniesioną z dzieciństwa na tu i teraz, czyli to, co nastąpiło w dorosłości i stanowi świadomy wybór bohaterek. Za pomocą fabuły lokuje na osi czasoprzestrzeni punkty ważne dla niej samej, rodziny, przyjaciół i całego narodu. Uświadamia, jak bardzo niesprawiedliwe jest to, że nasze możliwości determinuje miejsce urodzenia, płeć i czas, który nań przypada. Gruzja lat dziewięćdziesiątych nie była wymarzonym miejscem do rozwoju osobistego, nawiązywania przyjaźni, czy tworzenia relacji romantycznych. Odbierała siły, pozbawiała złudzeń i niewinności. Była pustynią, na której mimo wszystko od czasu do czasu kwitły najpiękniejsze kwiaty. Losy czterech kobiet, skrajnie różnych charakterologicznie, ale połączonych językiem miejsca, w którym wzrosły uczy, że nie jesteśmy w stanie zapomnieć razów odebranych na wczesnym etapie życia. Odniesione rany ulegają co prawda zabliźnieniu, ale palące ślady zostają z nami na zawsze i stanowią żywą mapę pamięci. To właśnie ona jest naszym najlepszym sprzymierzeńcem i to dzięki z niej posiadamy tożsamość i indywidualność. Powieść „Coraz mniej światła” przypomina jednak, że pamięć może być równocześnie największym wrogiem, uniemożliwiającym wykonanie kolejnego kroku, albo nawet końcem wszystkiego. Relacje oparte na wspólnych traumach nie są zdrowe i nie sposób zbudować na nich przyszłości. Sam tytuł sugeruje, jak zawiłe i wielopoziomowe problemy podejmuje ta książka. Polifoniczne spojrzenie na każde opisane wydarzenie wymaga skupienia, uwagi i empatii. Nie jest to historia dla każdego.
Nino Haratischwili jest moją ulubioną obcojęzyczną pisarką. Cenię tematykę, którą porusza oraz fakt, że nigdy nie wybiera drogi na skróty. Stawia niewygodne pytania, wytrąca z poczucia komfortu. Czytając jej prozę odnoszę wrażenie, że te prace są formą terapii, walką z własnym niezrozumieniem i bólem. Konstruując zdania wielokrotnie złożone, stara się otoczyć czytelnika niewidocznym kokonem współodczuwania. Dzięki takim autorom, jak Haratischwili przeżywam emocje w sposób niekłamany i głęboki. Przekład „Coraz mniej światła” często zawodzi, co nie zmienia faktu, że dla mnie jest to jedna z najważniejszych książek 2022.

Dzień dobry
OdpowiedzUsuńPani Kasiu lubię czytać tę Pani opinie. Jakoś mam wrażenie przy nich, że nawet jeśli nie jest to coś co czytam zazwyczaj to chcę przeczytać. Potrafi Pani tak napisać, że mam poczucie, iż jak nie sięgnę po daną książkę to będzie błąd.
Dziękuję za szczerą polecajke.
Miłego dnia